Zmiana rozmiaru tekstu:

prof. dr hab. Kazimierz Zgryzek

Po Trybunale Konstytucyjnym i mediach publicznych przyszła kolej na coś, co zawsze było „oczkiem w głowie” obecnego obozu rządzącego - na postępowanie karne. Z tą różnicą, że o ile tak krytykowana przez ówczesną opozycję nowelizacja kodeksu postępowania karnego przygotowywana była przez ponad 4 lata (trzy pierwsze konferencje w ministerstwie sprawiedliwości odbyły się w 2010 r., a nowela przyjęta została przez Sejm we wrześniu 2013 r. po bardzo szerokiej dyskusji środowiskowej), o tyle aktualnie projektowana nowela ma zostać przyjęta i wejść w życie błyskawicznie - planowana jest data 1 kwietnia 2016 r. Tu warto przypomnieć, że od późnej jesieni 2013 r. do końca wiosny 2015 r. na obszarze działania każdej apelacji odbyło się kilkadziesiąt szkoleń dla sędziów i prokuratorów, wyjaśniających zasady oraz cele nowelizacji. Teraz wyniki tych szkoleń i dyskusji można będzie wyrzucić do kosza.

 

Zasadniczym celem „noweli wrześniowej” było odejście od inkwizycyjnego i przejście na prawie-kontradyktoryjny model procedury karnej, z bardzo silnym wyeksponowaniem dowodowych obowiązków stron procesowych - prokuratora i oskarżonego; ten pierwszy ma obowiązek, ten drugi tylko prawo udziału w postępowaniu przed sądem. Nowy projekt zmian do KPK reguły te odwraca, a właściwie powraca na grunt poprzedniej procedury. Jednak tak skonstruowanej, by to sąd miał dowodzić winę oskarżonemu w imię realizacji prawdy w procesie, przy - najlepiej - nikłym udziale oskarżonego, który najlepiej by nie przeszkadzał. Projekt podtrzymuje zasadę, w myśl której oskarżony ma prawo do udziału w postępowaniu i może sam zdecydować, czy zechce z tego prawa skorzystać. Jednak przy odejściu od uprawnienia oskarżonego do zgłoszenia żądania (jako wystarczającej przesłanki), by wyznaczono mu obrońcę z urzędu i w związku z powrotem do uzależnienia prawa do obrony z urzędu od zaistnienia tzw. prawa ubogich (oskarżony ma prawo do obrony z urzędu, jeśli wykaże, że bez uszczerbku dla utrzymania siebie i swej rodziny nie jest w stanie ponieść kosztów obrony), w dalszym ciągu zdecydowanie więcej postępowań toczyło się będzie bez udziału obrońcy. Chyba w myśl reguły: im mniej aktywnych stron procesowych, tym lepiej, bo jak są to tylko przeszkadzają. Proponuję więc przenieść na sąd uprawnienia oskarżania, obrony i rozstrzygania. Czy to nie byłoby najlepszym rozwiązaniem?

W tym samym nurcie mieści się projektowany powrót do reguły in dubio pro reo w jej dotychczasowym kształcie. Już nie będzie chodziło o wątpliwości, których nie usunięto (czytaj: nie usunęły strony procesowe), lecz o wątpliwości, które nie zostały usunięte (czytaj: przez sąd). Oznacza to, że to nie na oskarżycielu ciążyć ma obowiązek takiego wsparcia dowodowego tez oskarżenia, by sąd nie miał wątpliwości odnośnie do sprawstwa i winy, lecz na sądzie, którego zadaniem jest dociekać prawdy, nawet przy pełnej bezczynności oskarżyciela i przy odejściu od bezstronnego rozstrzygania sporów. Powrócimy do reguły, zgodnie z którą na sali sądowej jest dwóch oskarżycieli - jeden z łańcuchem na szyi i drugi milczący.

Z tym wiąże się ostatnia kwestia, na którą warto zwrócić uwagę. Wprowadzona z dniem 1 lipca 2015 r. nowela ma u swych podstaw respektowanie reguły konstytucyjnej, zgodnie z którą każdy ma prawo do (m.in.) bezstronnego sądu. Jeśli sąd włączał się będzie nadal (czego projekt nie kryje, skoro w jego uzasadnieniu czytamy, że projektowane zmiany mają być powrotem do inkwizycyjno-kontradyktoryjnego - tak, w takiej właśnie kolejności! - postępowania, to stanie się, wbrew Konstytucji RP oraz wbrew Konwencji i Paktowi, których przecież Polska jest stroną, organem stronniczym. Ale przecież, jak chce projekt, sąd nie musi być bezstronny, wystarczy, że odkrywał będzie prawdę! A to, że ta „prawda” nie będzie tożsamą z tą, jaką ustaliłby sąd przy aktywnym udziale stron procesowych, to … drobiazg.

Kazimierz Zgryzek